Stoimy w polu. Wojciech trzyma dyktafon, ja pytam. Pod nogami — folia. Już rozłożona, już przysypana ziemią po bokach. Za chwilę wyrośnie na niej cukinia.
— Nagrywa się? Chyba się nagrywa — mówi Wojciech, robiąc wprowadzenie.
Ja mam jedno pytanie, które nie daje mi spokoju od miesięcy: co skłoniło rolnika, żeby zamienić zwykłą folię na tę, która się rozkłada?
— Koszty i czas pochłonięty na zbiór — mówi Tomek. Bez wahania, bez owijania w bawełnę.
I tu zaczyna się cała historia.
Zbiór, którego nie ma
Z tradycyjną folią jest tak: po zbiorze cukinii trzeba ją zdjąć z pola. Ręcznie. Najlepiej na sucho, bo mokra się nie chce oddzielić od ziemi. A w tym samym czasie, kiedy trzeba by ją zbierać, Tomek jest już przy dyni — inny zbiór, inna praca, ten sam kawałek roku.
— A z ludźmi jest ciężko — mówi Tomek, i nie trzeba dopytywać, o co chodzi.
Z folią biodegradowalną tego etapu po prostu nie ma. Po zbiorze wjeżdża talerzówka, potem orka — i tyle. Nie trzeba nikogo prosić o dodatkowy tydzień pracy, nie trzeba szukać rąk do zbioru plastiku w środku sezonu, kiedy każda para rąk jest już zajęta czymś innym.
Policzyliśmy to razem, na kolanie, w polu: zbiór tradycyjnej folii z trzech hektarów to u niego około trzech dni pracy dwóch osób. Przy najniższej stawce wychodzi to gdzieś w okolicach 1200 złotych — i to tylko na zbiór, nie licząc samej folii.
Wiatr, który wybiera
Zapytałam o różnice w samym rozkładaniu. Tu Tomek mnie zaskoczył.
— Przy rozkładaniu nie robię żadnych różnic — mówi. Ten sam sprzęt, ta sama technika, nic do przezbrajania.
Różnica pojawia się dopiero wtedy, kiedy przychodzi wiatr. Tradycyjna folia, jeśli się gdzieś oderwie od ziemi, wiatru potrafi porwać ją w całości — cała płachta ulatuje z pola. Folia biodegradowalna, jak mówi Tomek, raczej się rozrywa w takim momencie. Traci kawałek, nie całość.
To drobiazg. Ale to właśnie z takich drobiazgów składa się różnica między folią, która zostaje na polu w strzępach po sąsiednich działkach, a taką, która po prostu wraca do ziemi.
Bez oprysków, z obornikiem
Przy okazji dowiedziałam się czegoś, czego się nie spodziewałam. Tomek nie pryska swoich upraw — ani cukinii, ani dyni. Tylko obornik.
— Może to źle, bo wszyscy opryskują — mówi z lekkim wzruszeniem ramion. — Ale znowu, w skupie chętniej biorą nasze cukinie, dynie, bo są czyste.
Nie największe zbiory. Ale czyste. I chyba to jest właśnie ten moment, w którym ekologia przestaje być hasłem, a staje się po prostu sposobem prowadzenia gospodarstwa — bez wielkich deklaracji, bez sloganów. Robi się tak, bo tak wychodzi taniej, prościej i uczciwiej wobec ziemi, na której się pracuje.
Co zostaje w ziemi
Zapytałam wprost — czy po sezonie coś zostaje z folii w polu.
— Małe, śladowe ilości — odpowiada Tomek. — Głównie na końcach zagonów, tam gdzie maszyna wyciąga fragmenty razem z korzeniami przy siewie.
Niewielkie, nieszkodliwe. Reszta wraca do gleby razem z resztkami po dyni, kiedy we wrześniu wjeżdża talerzówka.
Tradycyjna folia tak nie znika. Zostaje w strzępach na miedzach, czasem ktoś ją pali — bo gmina przestała odbierać folię rolniczą, a nikt nie chce trzymać starych zwojów plastiku zanieczyszczonego ziemią na podwórku. Tomek mówi o tym bez emocji, jako o czymś, co po prostu jest kłopotem od lat, z którym nikt się specjalnie nie mierzy.
To, o co nam w Fundacji Noweko chodzi
Kiedy jeździmy po takich gospodarstwach, właśnie tego szukamy — nie deklaracji, tylko momentów, w których obieg zamyka się naprawdę. Folia, która wraca do gleby zamiast trafiać na miedzę albo do ogniska i ostatecznie w atmosferę. Powietrze, którym wszyscy oddychamy. Rolnik, który liczy koszty pracy, a przy okazji odzyskuje kawałek pola dla natury i uprawia zdrowszą, bo pozbawioną pestycydów, żywność (o folii, która jest także nawozem pisaliśmy artykule)
Tomek już myśli o kolejnym kroku — biodegradowalnych liniach kroplujących do nawadniania, które nie musiałyby być wyciągane z ziemi. Złożył już wniosek o dofinansowanie takiego projektu badawczego. Zobaczymy, co z tego wyjdzie w terenie, bo — jak sam mówi — teorię trzeba jeszcze sprawdzić w praktyce.
A ja zastanawiam się: ile jeszcze takich cichych, niewielkich decyzji — biodegradowalna folia zamiast tradycyjnej, obornik zamiast oprysku — składa się gdzieś w Polsce na coś, co dopiero z czasem zobaczymy jako zmianę?
A jeśli jesteś rolnikiem, bądź działkowcem i biodegradowalna folia do mulczowania interesuje Cię już – zapraszam tutaj
